Co u Ciebie Mateczko?

Na chodniku rozmawiają dwie koleżanki. Jedna z nich pyta: Co u Ciebie? Na co druga odpowiada: Po staremu. Mąż pracuje, dzieci na zdalnym nauczaniu a za kilka dni przyjedzie teściowa. Pierwsza ponawia pytanie: No dobra! Ale powiedz, co u Ciebie?!

Większość młodych matek ma z tym problem. Całym swoim sercem i wszystkimi siłami angażują się w opiekę nad dziećmi i dbanie o dom. Pamiętają o porach karmienia, o gotowaniu posiłków zgodnie z zasadami zdrowego żywienia. W międzyczasie latają z odkurzaczem i szmatą, żeby zdążyć przed powrotem męża z pracy. W drzemce czytają poradniki wychowawcze i przeglądają media społecznościowe, żeby znaleźć uwolnienie od zmagań rodzicielskich. Po południu obsługują rodzinę przy obiedzie, przewietrzą się na placu zabaw i dopijają zimną już kawę. Zdarza się, że wieczorem padają na twarz, zanim zrobią to dzieci. Efekty codziennych zmagań młodych mam są często niezauważalne – co bardzo je frustruje. Nie czują docenienia.

Znasz to?

Kiedy byłam młodą mężatką rozmawiałam ze znajomą – mamą trójki dzieci. Pamiętam jak opowiadała mi, że jest bardzo przytłoczona pracą zawodową, niekończącymi się pretensjami męża i kłótniami dzieci oraz obowiązkami domowymi. Wszystko było na jej głowie. Zarzekałam się wtedy, że nigdy nie będę w takiej sytuacji.

Urodziłam jedno dziecko, za dwa lata drugie i zanim się obejrzałam – byłam tak padnięta, że wieczorami nawet nie nakładałam kremu na twarz. Wszystkie domowe obowiązki były jak niekończąca się opowieść. Pranie, zmywanie, gotowanie i bieganie z odkurzaczem to była codzienność. Do tego dochodziło bycie mamą kreatywną, wiecznie uśmiechniętą i kobietą, która ma być wsparciem dla męża. To wszystko było bardzo cenne dla rodziny. Wiedziałam o tym. Jednak moje zasoby radości, cierpliwości, spełnienia, bycia szczęśliwą kobietą – wypalały się. Źle się z tym czułam, bo nie przyzwalałam sobie na uczucie wypalenia. Miałam przecież wszystko – męża, zdrowe dzieci, mieszkanie i zapewnioną stabilność finansową.

Kilka miesięcy po narodzinach drugiego dziecka postanowiłam coś zmienić, by zacząć cieszyć się własnym osobistym życiem.

Zaczęłam od regularnego czytania książek, z których mogłam czerpać inspirację. Zapisywałam z nich cenne dla mnie lekcje i dzieliłam się nimi z innymi. Nie narzucałam sobie dwóch czy trzech książek na miesiąc, bo wiedziałam, że mogę nie sprostać takiemu tempu i odpuszczę. Czytałam w miarę możliwości i czasu, jakie miałam.

Postanowiłam, że zacznę biegać. Zaczęłam od bardzo krótkich dystansów – dwa razy w tygodniu. Były to moje wyjścia na jakieś 30 minut, których nie pozwalałam nikomu i niczemu zaburzać. Po kilku tygodniach wiedziałam, że jest to moja ulubiona aktywność fizyczna, która nie wymaga dużej ilości czasu ani środków finansowych.

Równolegle do biegania zmieniłam nieco nawyki żywieniowe. Regularne picie wody, dobrze zbilansowane posiłki stały się moją normą, która udzieliła się również domownikom.

Po co o tym piszę?

Tych kilka małych zmian w codziennych funkcjonowaniu pomogły mi trzymać zdrowy balans między osobistym życiem a byciem żoną i mamą. Pierwsza zmiana pociągnęła za sobą kolejne. Zmiany złamały rutynę dnia, który z małymi dziećmi zawsze wygląda tak samo. Okazało się, że jednak znalazł się czas by być kobietą, już nie tylko mamą i żoną. Domownicy przekonali się, że świetnie poradzą sobie bez kucharki, sprzątaczki i opiekunki. Mąż przyzwyczaił się, że żona ma pasje, która wznieca w jej sercu ogień do każdej innej aktywności.

Po prawie dwóch latach uważam, że zaangażowanie się w rozwijanie swoich pasji nie jest egoizmem. Jest koniecznością! Pamiętaj o tym. Mąż się rozwija. Zanim się obejrzysz, dzieci dorosną i opuszczą dom rodzinny. Zacznij robić coś dla siebie już dziś.

Agnieszka Alicka

Jeśli artykuł Ci się spodobał – udostępnij!

Share: