Opowieści z porodówki – moje wspomnienia

Kiedy na teście ciążowym pojawiły się dwie kreski, moje serce przepełniły szczęście i strach. Nie mogłam doczekać się spotkania z naszą córeczką, ale panicznie bałam się porodu.

Znajome mamy często opowiadały mi, że poród to tak naprawdę kropla w oceanie tego, czego doświadczę w macierzyństwie. Że z perspektywy czasu to tylko chwila, o której szybko zapomnę. Takich chwil w moim życiu miałam dwie. Każdy poród był inny, ale oba zapamiętam do końca życia.

Mam to szczęście, że moje dzieci urodziły się zdrowe a porody nie niosły ze sobą większych komplikacji. Doświadczyłam mnóstwa euforii, miłości i bliskości. Musiałam jednak schować do kieszeni swoją ochronę intymności i nagości. W ogólnej ocenie jednak całkiem miło je wspominam.

Pierwszy poród

Poród Oli był zaplanowany. Miałam coraz mniej wód płodowych, waga dziecka była szacowana na ponad 4kg. Do szpitala przyjęto mnie w dniu planowanego porodu. Po konsultacjach lekarskich, założono mi tak zwany balonik, dzięki któremu następnego dnia miałam piękne 4 centymetrowe rozwarcie. O 10:20 podłączyli mi kroplówkę z oksytocyną. Poskakałam na piłce, spacerowałam po porodówce a po 7cm rozwarcia siedziałam już tylko na toalecie i polewałam się prysznicem. Skurcze znacząco wpływały na mój nastrój a całą złość wyładowywałam na mężu 😉 Pamiętam, że piłam słodzoną herbatę (czego normalnie nie robię) i ciągle pytałam o godzinę oraz w której fazie porodu jestem 😉 – odliczałam do finału. Na hasło „znieczulenie” – szybko wskoczyłam na fotel i grzecznie wykonywałam polecenia anestezjologa. Oleńka przyszła na świat o 15:20 – po 5 godzinnych skurczach i małym nacięciu. 3800g szczęścia!

Drugi poród

Poród Mikołaja w większości przepracowałam w domu. Pierwsze skurcze pojawiły się o północy i powtarzały się co godzinę. Ugotowałam w tym czasie obiad, bawiłam się z Olą na placu zabaw, ogarnęłam mieszkanie. Około godziny 15:00 skurcze pojawiały się częściej. Około 16:00 wypadł czop ciążowy a ja spędziłam godzinę pod prysznicem. Skurcze były coraz częstsze i dłuższe. Przyjechała do mnie położna, zbadała mnie i o 18:00 wyjechałyśmy do szpitala. Mąż został w tym czasie w domu z Olą. Dojechał do szpitala na sam finał 🙂 W drodze do szpitala położna tłumaczyła mi, że mając 7cm rozwarcia może być już trochę za późno na znieczulenie – sugerowała, że szybciej urodzę. Ufałam jej bezgranicznie i nie dyskutowałam (jeszcze wtedy). W szpitalu po przyjęciu miałam już 9cm rozwarcia. Ledwo stałam na nogach, a gdy mąż dotarł na miejsce – miałam już dychę! Pamiętam, ze próbowałam wymusić znieczulenie i że miałam pretensje, że mąż oddycha 🙂 Rodziłam w bardzo intymnej atmosferze – ja, mąż i położna. o 20:00 Mikołaj był już z nami. Obyło się bez pękania i nacinania. 3800g szczęścia :).

Miałam szczęście rodzić dzieci pod opieką tej samej położnej, której bezgranicznie ufałam. Robiłam, co kazała – choć nie zawsze miałam na to ochotę 🙂 – najchętniej odłączyłabym sobie oksytocynę i ucięła małą drzemkę! Najważniejsze było dla mnie to, że położna szanowała mój plan porodu a jeśli sytuacja wymagała korekty – w przystępny sposób tłumaczyła mi co i jak. Warto przed porodem poznać szpital, w którym planowany jest poród a jeśli to możliwe – położną, która poród odbierze.

Zaraz po fachowej pomocy niezastąpiona była obecność męża. Wyganiałam go z sali wielokrotnie, ale czułam się pewnie wiedząc, że gdzieś tam jest :).

Agnieszka Alicka

Jeśli artykuł Ci się spodobał – udostępnij!

Share: