Jak karmisz? – karmienie piersią inaczej

Jak karmisz? – To jedno z pytań, które każda kobieta słyszy po porodzie, gdy wraca z noworodkiem do domu. Nie ma znaczenia, kto pyta, czy rodzina, sąsiadka, pani ze sklepu osiedlowego. Teoretycznie są dwie możliwe odpowiedzi: karmienie piersią lub butelką z mlekiem modyfikowanym. Przynajmniej ja znałam te dwie możliwości kiedy byłam w ciąży w 2016 roku.

Oleńka urodziła się zdrowa w czterdziestym tygodniu ciąży siłami natury, dostała dziesięć punktów w Skali Apgar, ważyła 3800 g. Ciąża przebiegała bez komplikacji. Schody zaczęły się tuż po porodzie.

O przygodzie z karmieniem piersią

Pierwsze dwie godziny po porodzie Oleńka przespała przytulona do mnie. Pierś ssała bardzo krótko. Tłumaczyliśmy to zmęczeniem po porodzie. Do karmienia trzeba było ją budzić a z tym nie było łatwo. Drażniłam uszko, nosek, piętę, rozbierałam do pieluszki. Podczas pobytu w szpitalu przychodziły różne położne i każda miała inny pomysł na rozbudzenie Oli i jej przystawianie do piersi. Waga Oleńki spadła o dziesięć procent jej wagi, ale już w drugiej dobie nie zaobserwowano przybierania. Szybko skonsultowaliśmy się z doradcą laktacyjnym. Mleko leciało bardzo słabo. Zalecono mi przystawianie dziecka do piersi i pracę z laktatorem. Odciągnięte mleko miałam podawać Oli butelką. System pracy z laktatorem poznałam na szkole rodzenia. Wspomniano o nim, że służy on do odciągania mleka na wypadek, gdyby dziecko miał nakarmić ktoś inny podczas nieobecności mamy lub choroby, czy innych krótkich epizodów. Dziecko jest najlepszym laktatorem. U Oli stwierdzono bardzo wysokie podniebienie i słaby odruch ssania. Przed każdym karmieniem robiłam jej masażyki. Efekty przystawiania jej do piersi były mizerne. Spała cały czas. Laktację rozbudziłam herbatkami, głównie pracą z laktatorem, emocjami i płaczem. Najpierw popłakiwałam z żalu i uczucia porażki, że nie karmię piersią, że nie potrafię nakarmić własnego dziecka. Później ze wzruszenia, że mleka jest coraz więcej i więcej. Laktator pracował co trzy godziny przez całą dobę, w systemie 3 5 7. Po pierwszej sesji miałam ściągnięte 4 ml pokarmu. Położna pocieszała mnie, że z każdym następnym razem będzie pokarmu leciało kilka mililitrów więcej. Miała rację. Po trzeciej dobie, gdy wróciliśmy do domu, miałam nawał i ściągałam wtedy około 300 ml. Położna kazała odstawić laktator i przystawiać Oleńkę do piersi.

Oleńkę przystawiałam do piersi na żądanie a wychodziło to co jakieś dwie i pół godziny. Pokarmu produkowałam bardzo dużo. Przy piersi Ola zasypiała po kilku minutach i trzeba było się nieźle nagimnastykować, żeby ją rozbudzić do aktywnego ssania. Trwało to około dwóch miesięcy. Raz w tygodniu odwiedzała nas położna środowiskowa. Ważyła Olę, podpytywała, jak się czujemy, wypełniała książeczkę zdrowia i wychodziła. Ola przybierała bardzo niewiele, bo jakieś 50-100 gram na tydzień. Przeglądałam siatki centylowe, żeby wiedzieć, ile dziecko powinno ważyć w danym wieku. Uspokajałam się, że dziecko karmione mlekiem matki może przybierać wolniej. Z czasem jednak nie czułam już przybierania pokarmu w piersiach. Robiły się coraz bardziej miękkie, pokarm już sam nie wypływał a ja dostałam pierwsze krwawienie po połogu. Pieluszki Oli nie były już mokre.

Trudna decyzja

Po dwóch miesiącach od porodu Oleńka ważyła 4 kg. Przez dwa miesiące przybrała jedynie 200 g. Położna środowiskowa zaleciła wizytę u pediatry i wspomniała, że pewnie zaleci dokarmianie mlekiem modyfikowanym. Byłam bardzo przybita. Czułam, że nie dałam rady, jako mama, że źle karmiłam, że moje dziecko nie rośnie, jak powinno. Popłakiwałam, kiedy nikt nie widział. Nie czułam się rozumiana, bo żadna z moich przyjaciółek, koleżanek, nikt z rodziny nie przeżył takiej sytuacji. Dodatkowo Oleńka nie okazywała tego, że jest głodna. Przynajmniej nie płakała i nie krzyczała dopominając się, jak o tym można przeczytać. Była spokojna. Pediatra przeprowadziła ze mną szczegółowy wywiad i poprosiła, żebym po przystawieniu Oli do piersi, resztę pokarmu ściągała laktatorem i podawała jej go butelką. W domu ściągałam około 150 ml po każdym karmieniu i dokarmiałam Oleńkę. W tym samym czasie byłam w kontakcie z doradcą laktacyjnym. Kontrolowała sposób przystawiania dziecka do piersi. Znów kazała odstawić laktator. A ja znów czułam niepokój i brak wiary w swoje karmienie, w możliwość nieprzybierania na wadze u dziecka. Co wieczór płakałam z żalu, niezrozumienia, strachu o dziecko, z uczucia porażki, ze zmęczenia.

Wszyscy dookoła bardziej wierzyli w moje karmienie piersią ode mnie i bardziej chcieli takiego karmienia niż ja sama. Trudno było mi rozmawiać z innymi na ten temat. Nikt nie potrafił wyobrazić sobie, co czuję i jak wygląda sytuacja, w której jesteśmy. Bardziej niż na karmieniu piersią zależało mi na prawidłowym wzroście Oli i na prawidłowym przybieraniu na wadze. Idea karmienia piersią była ważna i wzniosła ale już nie najważniejsza. Mleka modyfikowanego również nie chciałam podawać dziecku. Byłam wtedy kłębkiem nerwów. Bardzo wspierał mnie wtedy mąż. Zależało mu na karmieniu naturalnym, ale dał mi do zrozumienia, że przyjmie każdą moją decyzję, bo najważniejszy jest dla niego mój komfort, spokój i dobro naszej Oleńki.

Taniec z laktatorem

Podczas jednej rozmowy z ciocią Michała wspomnieliśmy o naszej sytuacji i problemach z karmieniem. Opowiedziała nam swoją historię sprzed trzydziestu lat. Schemat podobny, córka słabo ssała a pokarmu było sporo. Ciocia mieszkała wtedy za granicą i karmiła córkę swoim pokarmem ale odciągniętym laktatorem. Podobnie miała też jej córka, kiedy sama została mamą. Po rozmowie z ciocią, przejrzałam Internet ale oprócz karmienia piersią, czy mlekiem modyfikowanym nie znalazłam żadnych informacji o karmieniu mlekiem mamy z butelki na dłużej. Koleżanki i pediatra mówiły, że przy takim działaniu będę karmić maksymalnie dwa miesiące, bo jeśli nie będę przystawiać dziecka do piersi, to laktacja ustanie. Postanowiliśmy spróbować choć na dwa miesiące. Kupiliśmy laktator elektryczny dwufazowy. Odciągałam pokarm co 3 godziny po około 200 ml. Część Ola zjadała na bieżąco a część mroziłam. Nie było łatwo, nie mogłam robić sobie przerw. Na każde dłuższe wyjście czy wyjazd musiałam zabierać ze sobą laktator, butelki, woreczki do przechowywania pokarmu czy mrożenia. Na facebooku znalazłam grupę dla mam karmiących inaczej. Było na niej wiele kobiet z podobną historią, które walczyły o swój pokarm dla dzieci i o jak najdłuższy czas laktacji. Grupa była dla mnie na tamten czas kopalnią wiedzy na temat karmienia mlekiem mamy, stymulacji laktatorem, przechowywania pokarmu tak, by nie stracił on swoich właściwości. Oleńka przybierała na wadze prawidłowo. Pomimo zapewnień o tym, że laktacja szybko wygaśnie a mleka będzie coraz mniej, karmiłam Oleńkę swoim pokarmem jeszcze dziesięć miesięcy.

Kiedy miał urodzić się Mikołaj bardzo stresowałam się, jak będzie wyglądało karmienie. Obawiałam się tego bardziej niż samego porodu. Na szczęście nie było większych problemów i mogłam karmić go naturalnie. Zrekompensowało mi to, czego nie doświadczyłam podczas karmienia Oli.

Agnieszka Alicka

Share: