Czy mężczyzna pomaga Ci w pracach domowych?

O kobietach często mówi się, że mają podzielną uwagę i potrafią robić wiele rzeczy równocześnie. Mężczyźni są postrzegani zwykle jako jednozadaniowcy, którzy przy sprzyjających warunkach, potrafią wykonać dobrze jedno zadanie. Być może jest to pewien schemat postrzegania obu płci. Zmienia się on w zależności od sytuacji życiowej, charakteru pracy, czy cech indywidualnych każdego człowieka. W jaki sposób wielozadaniowość lub jej brak przekłada się na realizację obowiązków rodzinnych, domowych? A może kluczowe jest tu mądre wykorzystywanie czasu i dzielenie się odpowiedzialnością za wspólne sprawy?

Nie chciałabym tworzyć stereotypów ani umacniać już tych istniejących. Jestem daleka od generalizowania, że kobiety są stworzone do pracy zawodowej i w domu a mężczyźni są albo nieobecni, albo odpoczywają po pracy zawodowej. Wierzę jednak, że każdy człowiek kieruje się swoimi priorytetami w zarządzaniu domem (nie zawsze są one wspólne dla całej rodziny), inaczej planuje swój czas a co za tym idzie, inaczej rozkłada się odpowiedzialność każdego członka rodziny za wykonywanie obowiązków domowych.

Elastyczność to podstawa!

Uważam, że wzajemne odciążanie się w obowiązkach całej rodziny jest przejawem miłości. Wyrzeczenie się własnej wygody na rzecz komfortu drugiej osoby jest oznaką wartości jaką jest wspólnota rodziny. Wtedy egoizm schodzi na dalszy plan, liczy się dobro wspólne. Wychodzę z założenia, że jeśli razem jemy to i razem zmywamy, jeśli chodzimy po tej samej podłodze, to tak samo o nią dbamy czyszcząc ją. Nie uważam, że mężczyzna i kobieta są na tyle różni, by któreś z nich miało mieć problem z włączeniem pralki lub zmywarki. W naszej rodzinie istnieje pewien elastyczny podział obowiązków. Mamy oczywiście swoje „ulubione” zadania domowe, w których czujemy się dobrze i dość sprawnie je wykonujemy. Raz w tygodniu zarówno ja, jak i mąż mamy „wychodne” i wtedy z racji nieobecności, opieka nad dziećmi i pozostałe prace domowe spoczywają na osobie, która jest wtedy w domu. Pięknie to brzmi, prawda?

A było to tak…

Zanim jednak stworzyliśmy tak zgodną przestrzeń w tej dziedzinie naszego życia wiele musieliśmy się nauczyć. Kiedy mąż wracał z pracy, rozpoczynał relaks: czytał książki, artykuły, jeździł na rowerze, przeglądał media społecznościowe. Uważał, że swoją prace danego dnia już wykonał. Kiedy ja wracałam do domu, rzadko kiedy wykorzystywałam czas tylko dla siebie. W domu zawsze było coś do zrobienia, więc krzątałam się z kuchni do pokoju, wstawiałam pranie, wypakowywałam zmywarkę i ładowałam do niej kolejne naczynia, rozwieszałam pranie, gotowałam itd. Im bliżej wieczora, tym bardziej czułam się zmęczona, przeładowana obowiązkami i zniechęcona. Często byłam poirytowana „nic nierobieniem” męża i nie wahałam się mu tego powiedzieć. Próbowałam się z nim dzielić obowiązkami, ale rzadko byłam zadowolona z efektów jego pracy, bo albo zrobił coś w mojej opinii „po łebkach”, albo zapomniał zrobić jednej z kilku rzeczy. Byłam mało precyzyjna w przekazywaniu komunikatów, mąż nie dopytywał i pojawiała się przestrzeń do błędów i rozczarowań. Pojawiały się pretensje do siebie nawzajem. Chciałam mieć wszystko pod kontrolą i większość obowiązków domowych brałam na siebie. Miałam piękne i czyste mieszkanie, ale brak sił i chęci na aktywny wypoczynek. Kiedy urodził się nasz syn, odpuściłam sobie i mężowi. Uświadomiłam sobie, że nie ma na świecie osoby, która wykonałaby każdą domową czynność tak samo idealnie, jak ja. By móc żyć normalnie, postanowiłam popracować nad dzieleniem się odpowiedzialnością za nasz wspólny dom.

Wspólna praca – nowa jakość

Ważna była przede wszystkim komunikacja. Kiedy omawialiśmy wszystkie rzeczy do zrobienia, które były do wykonania w domu, ustalaliśmy: kto jest za co odpowiedzialny, jak należy to wykonać i do kiedy. Umówiliśmy się też, że jeżeli mamy problem z jakąś czynnością, to rozmawiamy o tym (dzięki temu nie było nic, co zamiatane było pod dywan). Każdy był odpowiedzialny za wybrane przez siebie zadania domowe ale oboje nie traciliśmy kontroli dzięki wspólnej komunikacji. Jeśli prac domowych zbierało się dużo, rozpisywaliśmy je i każde z nas wybierało sobie te, w których dobrze się odnajdywało. Jest to pewien sposób na unikanie wyrzucania sobie, np. Ja już trzeci dzień z rzędu zmywam po obiedzie, więc teraz Twoja kolej. Nie ma przestrzeni na licytacje, kto ile robi w domu. Jestem wdzięczna mężowi za wieczorne sprzątanie po kolacji, bo dzięki temu ja mam swoje dziesięć minut i mogę pozbierać myśli. Jestem pełna podziwu za jego umiejętność robienia zakupów, za polowanie na promocje i dźwiganie wszystkiego „na raz”.

Warto od czasu do czasu odświeżyć temat prac domowych, bo codzienność zmienia się niepostrzeżenie i wkradają się nowe zadania typu „musisz”, „trzeba”. Wszystko sprawniej idzie, gdy przestrzegamy wspólnej umowy. Zyskujemy więcej wolnego czasu i energii, atmosfera jest milsza. Dzieci nas obserwują i naśladują (może będzie o tym inny wpis).

Agnieszka Alicka

Share: